Skip to content

Playlist…

from The Men’s Side http://ift.tt/XNjwTd

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA: DAY #3 – SHENZHEN | NEON IN THE CITY JUNGLE

Janelle Monáe – Electric Lady

Nín hăo! ;D Welcome to Shenzen- the city of the future! This is where the newest technologies are created and the streets literally electrify with blue skyscrapers. In this cybernetic, shining with thousands of neons jungle it’s really hard to draw people’s attention by your outfit. But well, you know me… I had to accept the challenge! :D Inspired by the city, which, though constantly on the go, is still deeply ingrained in tradition, I prepared a special look. Something between futurism and Orient, yet still 100% Macademian! A contrasting combination of Chinese national flag colors has turned out to hit the jackpot in this cool surroundings. A stunning jumpsuit, which can do as a short dress as well, is the main ingredient of this explosive mixture! Look how its sunny shade perfectly matches the man on a bike ;) A delicate lace at the neckline, which line directly refers to traditional silk Chinese dresses, reminds local ornaments. The bottom, on the other hand, quite the opposite. Its asymmetrical cut, tuck and horizontal zipper are a perfect metaphor of the town’s modernity. Just as the tooled transparent bag. All such an expressive outfit needed were red accessories; they liven the atmosphere up like a fiery dragon’s breath. ^^ I reached for metallic sunglasses, a ruby lipstick and tied a band with Chinese signs around my bun. During my trip I found out that what’s written on this mysterious piece of material is a blessing. And how not to agree that travel broadens the mind? ;)

Nín hăo! ;D Witajcie w Shenzen – mieście przyszłości! To tutaj powstają najnowsze technologie, a uliczny krajobraz wręcz elektryzuje błękitem szklanych drapaczy chmur. W tej cybernetycznej dżungli, jarzącej się na każdym kroku tysiącami neonów, niełatwo zwrócić uwagę strojem. No ale znacie mnie… musiałam podjąć wyzwanie! :D Zainspirowana miastem, które choć nieustannie gna przed siebie to wciąż jest głęboko zakorzenione w tradycji, przygotowałam szczególną stylizację. Coś na pograniczu futuryzmu i orientu, niezmiennie pozostając jednak 100% w stylu Macademian Girl! W scenerii gdzie niemal wszystkie barwy są chłodne, kontrastowe połączenie odcieni rodem z chińskiej flagi okazało się strzałem w dziesiątkę! Głównym składnikiem tej wybuchowej mieszanki został przepiękny kombinezon, który spokojnie może uchodzić za krótką sukienkę. Spójrzcie jak jego słoneczny odcień malowniczo skomponował się z panem jadącym na rowerze ;) Delikatna koronka przy dekolcie przypomina tutejsze ornamenty, a sama jego linia nawiązuje bezpośrednio do tradycyjnych, chińskich sukienek z jedwabiu. Dół natomiast zupełnie odwrotnie! Asymetryczny krój, zakładki i poziomo wszyty zamek są doskonałą metaforą i parafrazą nowoczesności miasta. Podobnie z resztą jak tłoczona transparentna torebka. Do tak wyrazistego zestawu, niezbędne stały się czerwone dodatki, podkręcają atmosferę niczym ognisty oddech smoka ^^ Sięgnęłam po metaliczne okulary i rubinową szminkę, a wokół koczka przewiązałam szarfę ozdobioną chińskimi napisami. Podczas wycieczki dowiedziałam się, że na tym tajemniczym pasku rozpisane jest błogosławieństwo. I jak tu nie zgodzić się z tym, że podróże kształcą? ;)

SPOT ON: PARIS VINTAGE JEWELLERY

http://ift.tt/1mcliFz

Photographed by Hanik Photography

 vintage jewellery (bought during my stay in Paris) – Yves Saint Laurent, Lanvin & unknown 

 

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1mbn9y0

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINAvol. 1/4: HONG KONG

Kto czyta mojego bloga ten wie, że orient i cała kultura Dalekiego Wschodu wyjątkowo mnie pociągają. Z resztą nie trzeba nawet czytać – błyszczący przepych orientu i kolory niczym egzotyczne zachody słońca wyłaniają się niemal na każdej stronie ;) Chiny, Japonia i Indie odkąd pamiętam zajmowały pierwsze pozycje na liście podróży moich marzeń. Kto by pomyślał, że pierwsze z nich spełnię tak szybko! Wszystko urzeczywistniło się dzięki Waszym głosom w konkursie Huawei, gdzie nagrodą była wycieczka do trzech chińskich miast. Futurystyczny Hongkong, Shenzen będący kolebką nowoczesnych technologii i zarazem kultury Chin Ludowych oraz najbardziej książkowy, słynący ze starożytnych zabytków Pekin. Na podziękowania za odwiedzenie ich chyba nie starczyłoby mi życia, więc pozwólcie, że teraz to ja zabiorę Was do Państwa Środka. To jak, jesteście gotowi na podróż do krainy smoków? ;)

Who reads my blog knows that I find the Orient and Far Eastern culture especially tempting. Well, you don’t even have to read the blog, as the sparkling splendor of Orient and exotic sunsets colors appear almost on every page of it ;) Ever since I can remember, China, Japan and India have had the first place on my dream travels list. Who would have thought that I would make the first one come true that quickly! It all came true thanks to your votes in the Huawei contest, in which a trip to 3 Chinese cities was the prize. Futuristic Hong Kong, Shenzen- the cradle of modern technologies and the Folk China culture, and, finally, the most bookish, known for its ancient monuments- Beijing. I think that I don’t have enough of life left to say thank you for letting me see it all, so let me take you to the Middle Kingdom. So what, are you ready for a trip to the land of dragons? ;)


NA KOŃCU ŚWIATA 

Warszawa, godzina 12:00. Mając w perspektywie kilkunastogodzinną podróż z przesiadką w Moskwie zabieram ze sobą zagłówek i maskę na oczy, wierząc że uda mi się złapać drzemkę. Nic bardziej mylnego! Szalejące endorfiny skutecznie udaremniają zaśnięcie, nawet gdy krajobraz za oknem zaczyna sennie spowijać mgła. Być może to właśnie dzięki tym energetyzującym hormonom szczęścia udaje mi się uniknąć męczącego jet lagu, gdy o 9:00 rano lądujemy w Hongkongu ;D Gdybyście i Wy planowali zawitać do Pachnącego Portu pamiętajcie, że będziecie potrzebowali wizy. Druga sprawa to zupełnie inna waluta niż w pozostałych regionach Chin – w Hongkongu obowiązuje bowiem dolar hongkoński (2 zł to ok 5 dolarów). Jeśli chodzi o internet, warto kupić kartę 3 G. Zasięg jest dosłownie wszędzie – nawet w metrze!

Pierwsze, co uderza po wyjściu z lotniska to klimat. Subtropikalny i wilgotny, tuż przed nadciągającą porą monsunową przybyszom z północy daje się odczuć jeszcze intensywniej. Pod zwrotnikiem Raka zima właściwie nie istnieje, a śnieg tutejsi mieszkańcy kojarzą chyba tylko z reklam Coca  Coli ;) W grudniu temperatura spada do ok. 20 stopni (na plusie!), co dla Hongkończyków oznacza… wyciągnięcie kurtek. Co ciekawe, nawet w najbardziej luksusowych mieszkaniach nie ma śladu kaloryfera, a zamiast tego rolę ogrzewacza przejmuje sprzedawana na ulicy zupa z węża. Szkoda, ze nie miałam okazji jej próbować! To, czego jednak najbardziej chciałam zasmakować to tutejsza, kompletnie odmienna niż w pozostałych częściach Chin, kultura.

AT THE AND OF THE WORLD

Warsaw, 12 o’clock. Having a dozen hour trip with a transfer in Moscow looming ahead of me I take my bolster and eyes band with me, believing that I would be able to dose off for a while. I couldn’t have been more wrong! The endorphins, reveling in my head effectively prevent me from falling asleep even when the scenery behind the window gets dipped in fog. Maybe it’s thanks to these energy happiness hormones that when we land in Hong Kong at 9 AM I manage to avoid jet lag ;D If you are planning to visit the Scented Harbor as well, remember that a visa is required. In Hong Kong there is a completely different currency than in the other parts of China, namely, we have to pay with Hong Kong Dollars (1 USD is about 8 HGD). When it comes to the Internet, buying a 3G card pays off. You have signal literally everywhere- even in the tube!
The first thing that strikes you after leaving the airport is the climate. Subtropical and humid, right before the monsoon time is even more unusual for the tourists. Next to the tropic of Cancer, winter almost doesn’t exist and the local people associate snow only with Coca Cola ads ;) In December, the temperature drops down to about 20 degrees (plus!), what, for the people of Hong Kong means… pulling their jackets out. What’s interesting, there’s no sign of a heater even in the most luxurious apartments and its role is taken by the sold in the streets, snake soup. It’s a pity I didn’t get a chance to try it! What I wanted to experience here most is the local culture, which is completely different than in the other parts of China.

PACHNĄCY PORT 

To właśnie oznacza nazwa Hongkong, gdy przetłumaczymy ją z chińskiego. Do tej pory nie udało się ostatecznie rozstrzygnąć czym właściwie pachniał, chociaż niektórzy historycy sugerują kadzidła. Stanowiły one przedmiot lokalego handlu. Same narodziny miasta owiane są natomiast innym zapachem. Na początku XIX w. na pokładach żaglowców przybywali tu brytyjscy kupcy w celu wymiany opium na inny towar. Ich wzrok przyciągnęła niewielka wyspa leżąca w delcie Rzeki Perłowej, będąca wówczas osadą rybacką i portem dla piratów. Dziś Hongkong to miejsce, w którym Wschód zderza się z Zachodem. Fuzja kolorów, zapachów i kultur przyprawiła mnie o zawrót głowy już od pierwszego spaceru, a miasto wręcz wibruje energią! ^^ Neonowe banery pulsują kolorowymi światłami, sprzedawcy ulicznych przekąsek nawołują do zakupu, a dwupiętrowe autobusy (zupełnie jak Błędny rycerz w „Harrym Potterze” hah) przeciskają się między uliczkami. Zaraz, czy aby na pewno widziałam dwupiętrowy autobus?

 THE SCENTED HARBOR

That’s what Hong Kong means, when we translate it from Chinese. Up to now there is no clear answer what it actually smelled of, although some historians suggest that it was incense. It was a local object of trade. The birth of the city itself is yet dipped in a different scent. At the beginning of the 19th century British sailors were coming here in order to exchange opium for some other goods. A small island situated in the Pearl River Delta- the fishermen’s settlement and a pirate harbor caught their eye. Now Hong Kong is a city in which the East clashes with the West. The colors, smells and cultural fusion gave me a vertigo during my very first walk. The city literally vibrates with energy! ^^ Neon banners pulsating with colorful lights, street food sellers encouraging you to buy their goods, and double deck buses (looking exactly like the Knight Bus from “Harry Potter”, haha) squeezing themselves through the streets. Well, am I sure that I saw a double deck bus? 


MIASTO KONTRASTÓW 

Charakterystyczne autobusy to pierwsza pozostałość po trwającej blisko 150 lat kolonizacji brytyjskiej, na stałe zakorzeniona w hongkońskim krajobrazie. Anglicy pozostawili po sobie znacznie więcej pamiątek. Na wyspie panuje ruch lewostronny, do herbaty dolewa się mleka, a po angielsku dogadamy się z każdym – nawet z panią w kiosku! Przyznam, że było to do dla mnie ogromne ułatwienie, bo samo powitanie po chińsku to prawdziwa… chińszczyzna ;) W zależności od tego do kogo się zwracamy, ‚Dzień dobry’ mówi się aż na 5 sposobów! Wybuchowa mieszkanka brytyjsko-chińska to dopiero początek całej listy kontrastów. Pnące się szklane wieżowce zdają się sięgać chmur, podczas gdy w dali malowniczo rozpościerają się tradycyjne wioski rybackie. Między drapaczami chmur czułam się jak w futurystycznej grze komputerowej (ewentualnie jak na Manhattanie, ale to jeszcze przede mną!). Wystarczyło wsiąść na prom i zgiełk technologicznej metropolii ustępował relaksującemu szumowi fal. Hongkong jest określany jako drugie po Singapurze najbardziej zaludnione miasto świata (przewyższa Warszawę 13 razy!), więc widok bezludnych plaż wydaje się być jeszcze bardziej odrealniony. Ale nie dla lokalnych mieszkańców. Ich wspólną przestrzeń dzielą świątynie buddyjskie i katolickie kościoły. Znajdziemy tu restauracje odznaczone trzema gwiazdkami Michelin, ale i małe kramy ze smażonym ryżem, 7-piętrowe centra handlowe i lokalne targi. Wysokim statusem społecznym cieszą się zarówno biznesmeni, jak i wróżbici przepowiadający przyszłość. Jak w takim tyglu kulturowym odnajdują się sami mieszkańcy? Muszę przyznać, że zaskakująco dobrze! Honkesi (jak tak sami siebie nazywają) wzorem flegmatycznych Brytyjczyków są uprzejmi, grzecznie czekają w kolejkach i zawsze służą pomocą. Na ulicy panuje totalny misz-masz: jedni prężą swe wdzięki w markowych strojach, inni biegają w klapeczkach prysznicowych. Byłam tym absolutnie urzeczona! Takiej otwartości i tolerancji nie widziałam wcześniej w żadnym mieście. Życzliwość jest wpisana w tutejszego ducha, a uśmiech przechodzącego obok człowieka nie oznacza, że za chwilę będzie próbował sprzedać nam zapas tajemniczej pasty do zębów. Miła odmiana po przeprawach przez warszawską ‚Patelnię’ ;)

CITY OF CONTRASTS
Characteristic, double deck buses are the first of the remains of the British colonization, which lasted almost 150 years. The British are deeply ingrained in the Hong Kong scenery. They have left a lot more souvenirs behind. Left-hand driving, tea with milk, and everyone speaks English- even shop assistants in ! I have to admit, it was a great convenience to me, as the welcome in Chinese itself is a real… Chinese stuff ;) Depending on who you’re addressing, you can say ‘thank you’ in 5 ways! This explosive Chinese-British mixture is only the beginning of a huge list of contrasts. Rambling up to the sky, glass high rise buildings seem to be reaching the clouds, while picturesque fishermen villages stretch the background. Between these skyscrapers I felt like in a futuristic computer game (or, alternatively like in Manhattan, but that’s still ahead of me!). All I had to do was board a fairy and the clamor of the city gave up its place to the relaxing lap of the waves. Hong Kong is described as the world’s second (after Singapore) most populated city (it exceeds Warsaw 13 times!), so the view of deserted beaches seems to be even more unreal. Well, not for the local people. Their common space is divided by Buddhist temples and Catholic Churches. Both three Michelin stars restaurants and little trucks with fried rice are to be found here, as well as 7 storey shopping centers and local markets. Both businessmen and fortune tellers enjoy their high social status. How do the citizens exist in this cultural melting-pot? I have to admit, surprisingly not bad! Hongkies (as they call themselves) inspired by phlegmatic Brits are kind, behave well in queues and are always helpful. The street is a complete mishmash; some walk around proudly in their designer clothes, others run around in flip flops. I was totally captivated by it! Kindness is a part of the Hong Kong soul and the smile of a random passer-by doesn’t mean that he’s going to try to sell you some mysterious toothpaste. A nice change after walking across ‘Patelnia’. (a small crowded square next to the Central metro station in Warsaw, a very popular meeting place)  ;)

Am I really in China or it’s just a dream?!

Walking the streets of Hong Kong


WZGÓRZE WIKTORII

Są na świecie takie miejsca, na widok których można zapomnieć jak ma się na imię. Do tej pory dech zapierały mi krajobrazy Paryża, ale to, co zobaczyłam w Hongkongu przyćmiło nawet panoramę z Wieży Eiffel’a. Zacznijmy jednak od początku! Wzgórze Wiktorii jest jedną z najbardziej obleganych atrakcji turystycznych, którą otwierała moją chińską przygodę. Już sama droga na szczyt jest niezapomnianym przeżyciem. 100-letni tramwaj niczym rollercoaster pokonuje stromą trasę zawieszoną na wysokości 400 metrów! Pnąc się w górę zahaczamy o dziko rosnące bananowce, za którymi ukrywają się wille najbogatszych mieszkańców. Niestety nasz grafik był tak napięty, że zamiast tym urokliwym środkiem transportu, na Wzgórze małym wjechaliśmy busikiem. Warto dodać, że za czasów kolonialnych była to najelegantsza część miasta, do której lokalni Chińczycy nie mieli wstępu. Widok ze szczytu rozciąga się na zatokę Wiktorii, za dnia odsłaniając futurystyczny las wieżowców Centralu, nocą setki pulsujących świateł. Do tego surowy łańcuch gór, wyznaczający granice technologicznego imperium. Czułam się zupełnie jak Sonmi w „Atlasie Chmur”, kiedy Hae-Joo Chang po raz pierwszy pokazuje jej bajkowy Nowy Seul. Totalne science-fiction! Co więcej, na szczycie znajduje się obracająca się wieża widokowa oraz… centrum handlowe. Omamieni pięknym widokiem turyści pewnie chętniej wydają pieniądze – wiadomo!

VICTORIA PEAK
There are these places in the world that make you forget your name. Up to now, Paris worked for me that way, but what I saw in Hong Kong made even the Parisian panorama seen from the top of Eiffel Tower fade away! Let’s start from the beginning! Victoria Peak is one of the most popular tourist attractions. It was the beginning of my Chinese story. Even the way up to the Peak itself is an unforgettable experience. A 100 year old tram covers a steep distance hung on the height of 400 meters! Climbing up to the top, it hooks wild banana trees, behind which the richest citizens’ villas are hidden. Unfortunately our schedule was so tight that instead of this charming means of transport, we had to take a bus. It’s worth to add that during the British colonization, Victoria Peak used to be the most elegant part of the city, into which the local Chinese people weren’t allowed.  The view from the top stretches through Victoria Bay, revealing the futuristic forest of the Central District towers by daylight and thousands of pulsating lights by night. And a bare mountain range, marking out the boarders of the technological empire… I felt exactly like Sonmi in “Cloud Atlas”, when Hae-Joo Chang shows her the New fairytale Seoul for the first time. Total science-fiction! What’s more, there’s a spinning observation tower at the top of the Peak and a… shopping center! Deluded by this beautiful view tourists must be more eager to spend their money- nothing new for me! ;)

This view is taking my breath away!

Souvenirs everywhere! :D

 BAZAR STANLEYA

Ja swoje hongkońskie dolary postanowiłam przetrzymać aż do wizyty na bazarze Stanleya w dzielnicy Aberdeen – jak już próbować shoppingu w pięciu smakach to tylko w autentycznym miejscu! Hongkong słynie z ulicznych targów, na których można dostać rzeczy zwykłe i niezwykłe: od ręcznie malowanych wachlarzy po złotą rybkę w woreczku. Na targu Stanleya podobnie jak na wzgórzu Wiktorii panuje prawdziwie magiczna atmosfera. Lampiony unoszą się nad głowami przechodniów niczym balony wypełnione helem, a wszystko spowijają ciepłe odcienie złota i czerwieni. Już z daleka czuć eteryczny zapach herbaty, która sprzedawana jest tutaj nie tylko w postaci jaśminowej, ale i w formie kwiatów rozwijających się podczas zaparzania. Moje oczy dosłownie świeciły z zachwytu! Po zakupieniu okazałego wachlarza (zarówno z pobudek modowych jak i praktycznych :P) zaczęłam rozglądać się za prawdziwą perłą orientu, czyli jedwabnym kimonem. Oczywiście nie poprzestałam na jednym ;) Do Polski wróciły ze mną aż trzy i od razu mówię, że nie zawaham się ich użyć – efektów możecie spodziewać się na blogu! 

STANLEY MARKET


I decided to keep my Hong Kong dollars until the Stanley Market trip in the Aberdeen district- if to try shopping in 5 flavors, it has to be in an authentical place! Hong Kong is popular for its street markets, on which usual and unusual things are sold: from hand painted fans to golden fish in bags. Like on Victoria Peak, the atmosphere is truly magical. Chinese lanterns levitate above the clients’ heads as if they were filled with helium and everything is clothed in warm shades of gold and red. You can feel the aromatic smell of tea from afar. It is not only jasmine tea, but it’s also in the form of flowers blossoming during brewing. My eyes literally shined with delight! Having bought an impressive fan (both because of fashion and practical reasons :P) I started looking for a real Orient Pearl, namely: a silk kimono. Of course I didn’t end up with just one of them ;) Three came back to Poland with me and, I’m not going to hesitate to use them- you can expect to see the outcome on the blog! 

So many pretty things, so little time!

I finally found my perfect kimono!

  REJS SAMPANEM
 Zanim pojawiłam się w Azji słowo ‚sampan’ kojarzyło mi się jedynie z ‘szampanem’, haha ;P Na pływającej osadzie Aberdeen oznacza ono jednak coś zupełnie innego. Sampan to przystosowana do przemieszczania się po rzece azjatycka łódź lub mały statek. Niekiedy przyjmuje nawet rolę pływającego mieszkania! Widok łodzi wyścielonych dywanikami z kołyszącym się łańcuchem lampionów to chyba stały element krajobrazu pływającej osady. Mój sampan co prawda należał do tych skromniejszych, ale w żaden sposób nie ujmowało to wycieczce uroku. Rejs południowym wybrzeżem wyspy ukazał moim oczom malowniczą zatokę Repulse. Wtopione między wzgórza plaże, a także przepływające obok domy na łódkach zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Ze zdumieniem obserwowałam jak na obwieszonych stateczkach suszy się pranie, a w doniczkach rosną kwiaty i drzewka pomarańczowe. Nic dziwnego, że Port Aberdeen posłużył jako sceneria do jednego z najgłośniejszych filmów lat 70tych – „Wejścia Smoka”. Zaraz po powrocie na ląd nie pozostało mi nic innego jak tylko wyruszyć na spotkanie z Brucem Lee. Tym bardziej, że już czekał na mnie na Promenadzie!

 THE SAMPAN RIDE

Before I went to Asia, I associated the word ‘sampan’ only with ‘champagne’, haha :P On the floating Aberdeen settlement, it means something completely different. Sampan is an adapted to moving on the river, Asian boat or a little ship. It sometimes even becomes a floating apartment! The view of the boats upholstered with carpets and swaying Chinese lanterns is a permanent element of the floating settlement scenery. My sampan was one of the modest ones but it didn’t take the charm of the trip away at all. The voyage in the Southern coast of the island showed me the picturesque Repulse Bay. Blended into the hills beaches and houses on the boats sailing next to me have made a great impression on me. I watched the boats decked out with washed clothes and flower pots with flowers and orange trees with amazement. No wonder that Aberdeen Harbor has made a perfect scenery for the 70s “Enter the Dragon” movie. Right after I went ashore I had nothing else left tan to go for a meeting with Bruce Lee! Especially, that he was already waiting for me at the Promenade!


I wish I had a hat like this lady next to me ;)

Peacefull Aberdeen village

 PROMENADA TSIM SHA TSUI 
Odciski dłoni hongkońskich gwiazd, replika olimpijskiego znicza i wreszcie pomnik najsłynniejszego karateki w historii kina akcji. Bruce Lee zastygły w swojej wojowniczej pozie jest zdecydowanie najbardziej obleganą atrakcją Alei Gwiazd. Oczywiście nie obeszło się bez wspólnego zdjęcia – nie byłabym sobą gdybym nie zapozowała z mistrzem! ;D Bruce spędził w Hongkongu całą młodość, a sztuki walki rozpowszechnił na tyle, że do dzisiaj pracownicy Hongkong Airlines zobowiązani są do znajomości wing chun, odmiany kung-fu. Prawdziwa magia na Promenadzie ma miejsce jednak dopiero po zapadnięciu zmroku. Wtedy niebotyczne wieżowce rozświetlają się jak ogromne świece, a całe wybrzeże staje się sceną niezwykłego spektaklu. Największa na świecie iluminacja nazywana „Symfonią Świateł”, podzielona jest na pięć części: przebudzenie, energia, dziedzictwo, partnerstwo, i świętowanie. Reflektory na wieżowcach mrugają w rytm muzyki, a kolorowe lasery zdają się wprawiać w ruch stateczne za dnia budynki. Chyba nigdy nie wiedziałam czegoś równie imponującego! Cały Hongkong jarzy się feerią barw, która w połączeniu ze smugami koloru odbijającymi się w tafli zatoki daje niemal surrealistyczny efekt. Tuż po zakończeniu pokazu Promenada całkowicie pustoszeje, a ja zastanawiałam się czy wszystko mi się nie przyśniło ;)

THE TSIM SHA TSUI PROMENADE

Handprints of the Hong Kong stars, an Olympic torch replica and finally, a monument of the most famous karate master in the history of action movie. Bruce Lee, frozen in his belligerent pose, is definitely the most popular attraction of the Alley of Stars. Of course he didn’t get away without a picture with me- I wouldn’t have been myself if I hadn’t posed with the master! ;D Bruce spent his entire youth in Hong Kong and promoted the martial arts to that extent, that up to now the Hong Kong airlines crew is obliged to know wing chun, a kind of kung-fu. Real magic on the Promenade takes place only when the night begins to fall. That’s when the sky reaching high rise building light up like giant candles and the whole coast becomes a scene of an incredible show. The world’s biggest light illumination, called “A Symphony of Lights” is divided into five parts: Awakening, Energy, Heritage, Partnership and Celebration. The lights of the skyscrapers blink in the rhythm of music and colorful lasers seem to be making the static by daylight buildings move. I think I’ve never seen anything that impressive! Entire Hong Kong glows with a brilliance of lights which, combined with streaks of color reflected by the Bay create almost an unreal effect. Right after the end of the show the Promenade gets completely empty and I didn’t know whether it was all a dream ;)

Everybody was kung-fu fighting! :D

Are they pirates or what? ;D

Crazy and colorful Hong Kong by night

 JUMBO 
Ostatni z moich dwóch dni pobytu w Hongkongu, przeznaczyłam na odwiedzenie unoszącej się na wodzie restauracji Jumbo. Po raz pierwszy zobaczyłam ją dzień wcześniej podczas rejsu sampanem i postanowiłam wrócić wieczorem gdy już cała rozbłyśnie kolorowymi światełkami. Nie mogłam wymarzyć sobie piękniejszego pożegnania z Hongkongiem! Restauracja od początku przypominała mi pływający cesarski pałac, ze względu na rozmach powierzchni i misterne, złote ornamenty. Jej bram strzegą dwa owinięte wokół kolumn smoki. Do tej pory gośćmi restauracji byli między innymi Królowa Elżbieta II, John Wayne i Tom Cruise! Nic dziwnego, że cieszy się aż takim powodzeniem, skoro wnętrze wzorowane jest na królewskim dworze dynastii Ming a na autentyczne odwzorowanie rodowych progów wydano aż 30 milionów dolarów! Robi wrażenie prawda? Muszę przyznać, że wyszło bardzo autentycznie – wystrój całkowicie mnie urzekł! Niezapomniany nastój budują błękitne akwaria oraz piękne, czerwone lampiony pnącymi się aż pod sam sufit. Sama kuchnia także nie rozczarowała. Zamówiłam gotowane na parze warzywa w sosie sojowym, które – podobnie jak cała kulinarna część podróży – trafiły przez żołądek prosto do mojego serca :) Przez wielu Hongkong uznawany jest za kulinarną stolicę świata. Między innymi z powodu największego nagromadzeniem restauracji polecanych przez przewodnik Michelin. Warto dodać, że już sama atmosfera panująca w tutejszych restauracjach niczym nie przypomina tej znanej z europejskich miast. Towarzyszący klientowi zwierzęcy pupile mają takie samo prawo do wejścia, a widok buszującego między stolikami psa czy kota nikogo nie dziwi. Ulice zaś kuszą tysiącami nowych smaków: na odkrycie czekają lekkie pierożki dim sum, smażone ośmiornice, kosmate i różowe dragon fruits, smoothie z czerwonej fasoli, a także mnóstwo przetworzonej żywności (suszone owoce, marynowane krewetki itp). Nawet w Starbucksie znajdziemy nietypowe pozycje. Od dłuższego czasu furorę robi Latte z ….zielonej herbaty.

JUMBO
I devoted the last of my two days stay to visiting a floating restaurant- Jumbo. I saw it for the first time the day before, during my sampan ride and decided to come back in the evening when it would shine with colorful lights. I couldn’t have imagined a better goodbye to Hong Kong! Due to its size and intricate, golden ornaments, the restaurant reminded me of a floating Caesar Palace from the moment I saw it. Its gates are guarded by two coiled around the columns, dragons. Up to now, among others, Queen Elizabeth II, John Wayne and Tom Cruise have been its guests. As the interior is modeled on the royal Ming dynasty manor and 30 million dollars have been spent for patterning the ancestral doorsteps, no wonder that it’s so popular,! Makes an impression, doesn’t it? I have to admit, the outcome is really authentic- the decorations totally amazed me! An unforgettable atmosphere is created by blue aquariums and beautiful red Chinese lanterns, rambling to the ceiling. The food didn’t disappoint me either. I ordered steamed vegetables with soya sauce, which, like the rest of my trip, went straight through my stomach into my heart ;) By many people, Hong Kong is thought to be the culinary capital of the world. Among others because of the biggest accumulation of restaurants recommended by the Michelin guide. It’s worth to add, that the local restaurants atmosphere doesn’t remind the European restaurants one at all. Pets accompanying the clients have the same right to enter as humans do and the view of a cat of a dog scouring between the tables doesn’t come as a surprise to anyone. The streets are tempting with thousands of new tastes: there are light dim sum dumplings to be discovered, fried octopuses, pink shaggy dragon fruits, red bean smoothies and a lot of modified food- (dried fruits, pickled shrimps etc). Untypical goods are to be found even in Starbucks. A… green tea Latte is causing a furore.

Everything flows!

Happy meal time! ;)

OGÓLNE WRAŻENIA?
Bez najmniejszej przesady, to były najbardziej magiczne dwie doby w moim życiu – to miasto skradło moje serce! Nigdy nie byłam tak bardzo oczarowana absolutnie żadnym miejscem na Ziemi. Hongkong ma wszystko, czego potrzebuję do życia: słońce, pogodę ducha ludzi, którzy tam mieszkają, energię tętniącego życiem tygla. Może Ci którzy cenią spokój czuliby się przytłoczeni ilością wrażeń, ale ja byłam jak ryba w wodzie! Nie ukrywam, że jestem zdecydowanie miastową dziewczyną. Kolory jak w kalejdoskopie, lekkie i aromatyczne jedzenie, uśmiechnięci ludzie – już teraz wiem, że z wielką przyjemnością kiedyś tam wrócę! Oby prędzej niż później bo już zdążyłam się stęsknić ;)))

GENERAL IMPRESSION?

Not exaggerating at all, these were the most magical 48 hours of my life- this city totally stole my heart! I’ve never been that captivated with absolutely any place on Earth! Hong Kong has everything that I need: Sun, high spirits of the local people, the energy of the teeming with life melting-pot. Maybe the ones that value peace would feel overwhelmed by the number of attractions, but I felt like a fish in the sea! I’m not going to hide that I’m definitely a downtown girl. Kaleidoscope colors, light and aromatic food, people smiling at you- now I know I’d love to come back! I hope sooner than later, as I’ve already started to miss it! ;)))


 photographed by Ewa Motylewska Photography
with Nikon 610d

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1r53tvU

All The Days…

 
Photos by Zuza 
Shoes-Converse
Jeans-Lee
Belt-TopSecret 
Cardigan-Asos.com

from The Men’s Side http://ift.tt/1wwY2Jj

MACADEMIAN GIRL GOES TO CHINA: DAY #3 – HONG KONG | UNDER THE DRAGON

Little Dragon – Ritual Union

Do you know anyone who never dreamt of seeing a real dragon? As I’ve always been fond of mystical creatures, I decided to treat my floating restaurant trip as a special mission. Macademian Girl on the go- Mission Not So Impossible ;D Imagine, that the gates and the inside are guarded by… two golden dragons! You really need some initiative to get inside this magical place. First you have to cross the Bay with a fairy, and then- get the winged guides’ approval ;) I was prepared for that, of course! As I had come across Tolkien’s and Sapkowski’s books earlier, I knew that there is one thing I have in common with these fairytale reptiles. Trinkets, of course ^^ Where a dragon is, there must be a treasure as well- a little bribery always works! ;) So I started the fun with precious accessories: a golden snake around my wrist, bracelets lavishly decorated with beads, and a shining necklace made out of miniature slippers have sanctioned my high status of a foreign comer. The effect is completed by metallic stilettos and a blouse, which kaleidoscope pattern is delicately shining with sparkles of reflected light. This emerald shade perfectly matches the violets. Reaching for plump satin shorts has also given me some pleasure. As there’s dignity already, grace is all that’s needed! This wound with a veil toque is my treasure from Paris. It gave the shining orient a scent of French elegance. I have to reveal that even though the gold got me the dragons’ respect, my purse has made the biggest impression on them. They just wouldn’t let it out of their claws, but have a closer look- doesn’t this material look like… dragon skin to you? ;)
Znacie kogoś, kto chociaż raz w życiu nie marzył o tym by zobaczyć prawdziwego smoka? Ja od dziecka przepadam za mistycznymi stworami, dlatego wyprawę do pływającej na wodzie restauracji Jumbo potraktowałam jak misję specjalną. Macademian Girl w terenie – Mission Not So Impossible ;D  Wyobraźcie sobie, że bram i wnętrza strzegą tam… dwa złote smoki! Aby dostać się do tego magicznego miejsca trzeba jednak wykazać się pewną inicjatywą. Najpierw przeprawić się przez zatokę promem, a potem – uzyskać akceptację skrzydlatych strażników ;) Oczywiście byłam na to przygotowana! Przeczytawszy wcześniej powieści Sapkowskiego i Tolkiena, wiedziałam, że jest jedna rzecz, która łączy mnie z tymi baśniowymi gadami. To oczywiście błyskotki ^^ Tam gdzie jest smok, musi być też skarb – małe przekupstwo zawsze daje działa! ;) Zabawę rozpoczęłam zatem od drogocennych dodatków: złoty wąż owinięty wokół nadgarstka, bogato zdobiona koralikami bransoleta i połyskująca kolia złożona z miniaturowych pantofelków usankcjonowały mój wysoki status jako zagranicznego przybysza. Efekt uzupełniły metaliczne szpilki i bluzka, której kalejdoskopowy wzór delikatnie mienił się odbitym światłem. Szmaragdowy odcień pięknie połączył się z fioletami. Z przyjemnością sięgnęłam także po satynowe szorty w kolorze śliwkowym. Dostojność już jest, teraz pora na grację! Opleciony woalką toczek to przywieziony z Paryża skarb. Dzięki niemu błyszczący orient zyskał nutkę francuskiej elegancji. Muszę Wam zdradzić, że chociaż złota oprawa zdobyła smocze względy, to jednak największe wrażenie zrobiła na nich torebka. Wręcz nie chciały wypuścić jej ze szponów, no ale przyjrzyjcie się dokładnie – czy ten materiał nie przypomina… smoczej skóry? ;)))

photographed by Ewa Motylewska Photography
with Nikon 610d

wearing: top – Primark; shorts – Sheinside (similar HERE & HERE); headpiece – vintage;
bag – ETUI; sunglasses – I AM; necklace – SIX; earrings & bracelets  & shoes – Asos;

manicure – NAIL SPA

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1q8iTKs

KOLAŻ

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1BDN5FK

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 31 other followers