Skip to content

Lowbanks…

Photos by Zuza 

Shoes-FlyLondon

Jeans-Lee 
T-shirt-NewYorker

Shirt-Lee 

Belt-Pull&Bear

Watch-Lorus
Beanie-Zuza 

from The Men’s Side http://ift.tt/1tOJML2

MACADEMIAN GIRL IN CHINAvol. 4/4: PEKIN

Magia wąskich uliczek, neonowa łuna sącząca się z przydrożnych barów, pędzące riksze i starożytne zabytki rozrzucone po miejskim krajobrazie. Tutaj duchy krążą nad miastem, a mistyczne stworzenia pilnują porządku. Tak wygląda Pekin, ostatni przystanek na trasie mojej chińskiej przygody z  Huawei! Muszę przyznać, że ze wszystkich miast jakie miałam okazję odwiedzić w Chinach, to właśnie stolica była dla mnie największą zagadką. Spirytystyczna i wciąż niezbadana do końca, jawiła mi się jako świat odwrócony o 180 stopni. Pekin wręcz spowija mglista aura tajemniczości, chociaż inni interpretują ją jako… smog unoszący się w powietrzu – punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia ;) Ja zdecydowanie wolę to pierwsze podejście! W tej części nie ma szans na dogadanie się po angielsku, o Facebooku, YouTubie czy Google (czyli i o ‘Bloggerze’) można zapomnieć. Na szczęście emocje jakie mi zagwarantowało mi miasto skutecznie wyparły chęć zaglądania do internetu. Inaczej chyba nabawiłabym się nerwicy ;)

The magic of narrow streets, neon glow exuded by roadside bars, rushing rickshaws and  ancient monuments scattered all over the urban scenery… This is where ghosts hover above the town and mystical creatures supervise peace. That’s what Beijing, the last stop of my Chinese Huawei trip, looks like! I have to admit that from all the towns that I had an occasion to visit during my visit in China, it was the capital that came as the biggest mystery to me. Spiritual and still not taken care of enough, presented itself to me 180 degrees different than the other parts of the world. Pekin is literally dipped in a foggy mysterious aura, though some interpret it as… smog- the point of view depends on where you’re sitting ;) I definitely prefer the first approach! In this part of China there’s no way to make yourself understood in English and you can forget about Facebook, Youtube or Google (namely ‘Blogger’). Luckily the emotions that the city provided me with have effectively forced out the need of using the Internet from my thoughts. Had it been different, I would have probably suffered from neurosis ;)

PEKIN, BEIJING I PEIPING

‘Pekin’ dosłownie oznacza ‘Północą Stolicę’, ale jego nazwa zmieniała się w aż 13 razy w historii. Duża liczba, ale czemu tu się dziwić skoro miasto ma aż 2 tysiące lat? To drugie zaraz po Szanghaju najbardziej zaludnione miejsce w Chinach liczące blisko 20 milionów mieszkańców oraz 9 milionów rowerów – nie tylko jeśli wierzyć piosence Katie Melua ;) Pierwsze co zarejestrowałam po wyjściu z lotniska to brak duchoty ale i obezwładniający pęd. Potem za oknem migały już tylko stargany, daszki i obezwładniająco żywe kolory zmieniające się jak w kalejdoskopie. Co za energia! Na ulicach zasady ruchu są chyba ostatnimi z przestrzeganych, a dźwięk samochodowego klaksonu to po prostu miejska symfonia. Małe grille (tak zwane ‚hotpots’) ustawione są praktycznie wszędzie. Do szerokiej gamy ulicznych przysmaków zaliczają się między innymi rozgwiazdy na patykach i… suszone koniki morskie! Przechadzając się (czy raczej przepychając) ulicami Pekinu zauważyłam, że podobnie jak w Shenzen parki nie stanowią dla mieszkańców jedynie miejsca karmienia kaczek. Tutaj zielone przestrzenie służą m.in. za studia taneczne, gdzie przy akompaniamencie muzyki puszczanej z boomboxa Pekińczycy losowo dobierają się w pary. Widok dwóch mężczyzn tańczących walca nie jest tu niczym nadzwyczajnym ;) Nie mniej ciekawie wygląda chińskie karaoke, zamontowane gdzieś pomiędzy drzewami. To kolejny zwyczaj, który chętnie przeniosłabym do Polski, chociaż nie wiem czy te ‘kocie miałki’ nie doprowadziłyby Warszawiaków do równie ‘kociej’ furii! ;D

BEIJING, PEKING & BEIPING

‘Beijing’ literally means ‘the Northern Capital’ but its name has been changed as much as 13 times in its history. A great number, but it’s no wonder, as the city is two thousand years old. It’s the second (right after Shanghai) most populous places in China, with 20 million people and 9 million bicycles- not only trusting Katie Melua’s song ;) The first thing that I noticed after leaving the airport was the lack of stuffiness; but an overwhelming rush as well. Then there were only markets, roofs and incapacitating lively colors blinking outside the window, changing like in a kaleidoscope. What an energy! Traffic rules must be the last ones obeyed here; the sound of beeping is like an urban symphony. Little grills (the so called ‘hotspots’) are placed literally everywhere. Starfish on sticks and dried seahorses are only a small part of the wide offer of street specialities. Wandering, or rather shoving through the streets of Beijing I noticed that like in Shenzhen, parks are not only a place for feeding the ducks. Green areas serve as, among others, dance studios, where, accompanied by music played from boom boxes, local people randomly arrange themselves into pairs. Seeing two men dancing a waltz isn’t extraordinary at all ;) Chinese karaoke, installed somewhere between the trees isn’t less interesting. It’s another custom that I’d love to transfer to Poland, though I’m not sure if this ‘cat singing’ wouldn’t drive its citizens ‘cat mad’! ;D

http://ift.tt/1mcliFz

DZIELNICA HUTONGÓW

Zwiedzanie Pekinu podobno najlepiej zacząć od tej dzielnicy, ze względu na wszechobecność żywej historii. Tytułowe Hutongi to tradycyjne, chińskie mieszkania na wprost których wychodzą cienkie jak tasiemki uliczki. Żaden samochód (łącznie z Mini Cooperem!) nie ma szansy się tamtędy przecisnąć, dlatego ja postanowiłam przemierzyć to urocze miejsce rikszą! Okazało się to świetnym pomysłem. Sunąc między kolorowymi domkami, obserwowałam mieszkańców grających w warcaby albo jedzących wspólnie obiad. Niestety, jak to często bywa, na spotkanie z historią trzeba się śpieszyć. Wraz z rozwojem stolicy malownicze domki znikają z miejskiego krajobrazu, a ich miejsce zajmują nowoczesne osiedla. Większość hutongów wyburzono podczas przygotowań do Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2008 roku, a te które ocalały sięgają początków XX wieku. Mnie jednak bardziej interesowało cofnięcie się jeszcze dalej, aż to czasów dynastii Ming. Jednak w tym celu musiałam stanąć oko w oko z …duchami.

  THE HUTONG DISTRICT

I’ve heard that it’s best to start your visit in Beijing from this district, on account of ubiquity of vivid history. The mentioned in the title Hutongs are traditional, Chinese apartments on the opposite of which narrow like tapes streets have their ends. There’s no car (Mini Coopers included) that would have a chance to squeeze through there, so I decided to traverse this charming place by rickshaw. It turned out to be a great idea! Sliding among the colorful houses I had the possibility to watch the citizens playing checkers or eating dinner together. Unfortunately, like it happens very often now, you have to hurry for your meeting with history. Along with the development of the capital, picturesque houses give up their places to modern estates. Most of the Hutongs were demolished during the Summer Olympic Games preparations in 2008, and the ones that survived are from the beginning of the 20th century. I was more interested, however, in going back further, as far as to the Ming dynasty. Yet in order to accomplish that I had to face… ghosts. 

Ready for a ride? ;)
Ornaments are everywhere!

DROGA DUCHÓW

Miejsce na cesarski grobowiec wybrano bardzo starannie i oczywiście kierując się zasadami feng shui. Od północy nekropolia chroniona jest przed złymi mocami łańcuchem gór, a sama droga wiodąca do kompleksu ugina się pod ciężarem kamiennych strażników. Z Czerwonej Bramy do Grobowca rozciąga się siedmiokilometrowa aleja. Pokoju spoczywających tu cesarzy pilnuje 12 par posągowych zwierząt. To właśnie od ich postaci przekroczeniu zwana jest w chińskiej tradycji Drogą Duchów. Podobno wraz z nadejściem północy ożywają aby pełnić wartę! A przynajmniej… tak twierdził nasz przewodnik ;) Co ciekawe, większość z nich nie wygląda jak zwierzęta, które można spotkać w zoo. Oprócz słoni i wielbłądów, zauważyłam tu między innymi… chińskiego jednorożca! ;D Chociaż od początku XV wieku w mauzoleum chowano wszystkich cesarzy, to jedynie trzy grobowce udostępnione są zwiedzającym. Największy i najlepiej zachowany to Changling, dedykowany cesarzowi Yongle i jego żonie. W jego pobliżu znajduje się także szesnaście grobów konkubin, które w zaświatach mają za zadnie usługiwać władcy ;)

 THE ‘SPIRIT WAY’


The venue of the imperial tomb was picked very carefully and of course taking the feng shui rules into account. The place is protected against evil forces by a mountain range from the north and the road to the complex itself is laden with stone guards. There is a 7 kilometer alley stretching from the Great Red Gate to the Tomb. There are twelve pairs of stone animals to guard the resting peace. They are the reason why in Chinese tradition  the alley is called the ‘Spirit Way’. Seemingly, when midnight comes, the animals become alive in order to stand sentry. At least… that’s what our guide claimed ;) What’s interesting, most of them don’t look like the ones that can be encountered in a ZOO, as besides from elephants and camels, I noticed, among others… a Chinese unicorn! ;D Although from the beginning of the 15th century, all of the Emperors have been buried here, only three tombs are open to visitors. The biggest and the most preserved one is Changling, dedicated to Yongle Emperor and his wife. Around it, there are sixteen tombs of his mistresses, who are supposed to serve their master in the other world ;)

Shiny happy people :)
 
Kiss – kiss!
 
Feel the spirit!

ULICA DUCHÓW

Jeśli jesteście fanami anime, na Ulicy Duchów poczujecie się zupełnie jak Chihiro w „Spirited Away”. To miejsce wygląda jak zaczarowana kraina, wyjęta prosto z bajki! Każdy zaułek migocze tysiącami kolorowych światełek, a w powietrzu unosi się zniewalający zapach orientalnej kuchni. Jeszcze do niedawna sklepienie wyścielały tu rzędy czerwonych lampionów, co dodatkowo potęgowało urok. Niestety, z tego co się dowiedziałam, ze względu na bezpieczeństwo władze zdecydowały o zdjęciu ozdób w obawie przed lampionami spadającymi na przechodniów. Na szczęście smaki pozostały niezmiennie! ;) Ulica Duchów jest słynna na całe Chiny jako zagłębie kulinarne. Ciągnie się przez prawie dwa kilometry, a na wieczorną przekąskę można wpaść nawet i w środku nocy. Zachęcam żeby testować nie tylko dania w ekskluzywnych restauracjach, ale i uliczne specjały.  Wybredni mają w czym wybierać – doznania w pięciu smakach oferuje tutaj ponad 100 różnych punktów gastronomicznych! Z rozbawieniem obserwowałam jak głodni wrażeń odwiedzający stoją w kolejkach przed lokalami i zapamiętale posilają się słonecznikiem. Podobno w ten sposób czas szybciej leci, no i można chociaż na chwilę pohamować galopujący apetyt hah. Że też na to nie wpadłam czekając na stolik pod warszawskim „Manekinem”! ;D

Jesteście ciekawi co też udało mi się spałaszować? Otóż był to bulion z… żółwia! Może wyda się to dziwne, ale wierzcie mi na słowo – smakował przepysznie. W Europie przyjęło się, że kuchnia chińska to studencki fast food, który do zaoferowania ma głównie ociekający tłuszczem makaron (w lepszym wypadku ryż). Nic bardziej mylnego! Prawdziwa chińszczyzna jest niezwykle lekka i aromatyczna, a procesowi powstawania potrawy towarzyszy zasada pięciu przemian. Nawet w kuchni obowiązuje równowaga ying-yang. Ryż nie jest podstawowym składnikiem dania, ale dodatkiem na wypadek większego apetytu. Co więcej, Chińczycy nie uznają konserwantów i ulepszaczy, stawiając w pełni na zdrową żywność. I to mi się podoba! Żałuję tylko, że nie udało mi się spróbować słynnej kaczki po pekińsku – ale na pewno kiedyś po to wrócę ;)

GHOST STREET
 
If you are anime fans, you will feel exactly like Chihiro in ‘Spirited Away’ in this place.  It looks like an enchanted land, taken out straight form a fairy tale! Every alley blinks with thousand of colorful lights and a captivating smell of Oriental cuisine wafts in the air. Up to recently, the street’s vault was padded with thousand of red Chinese lanterns, which additionally intensified its charm. Unfortunately, from what I heard, the authorities have decided to take them down owing to the passers’-by safety (as they lanterns have fallen on them). Luckily- the tastes remained unchanged! ;) Ghost Street is a culinary center, popular in the whole China. The street is almost 2 kilometers long and you can get an evening snack even in the middle of the night there. I encourage you to taste not only posh restaurants dishes but streets specialties as well. The icky ones have loads to choose from- five tastes experiences are being offered by over 100 venues! Amused, I watched the people in the queues eating sunflower seeds and waiting for their turn. Seemingly time passes quicker when you are having them, well, at least you can stop your cantering appetite for a while, haha. I should’ve come up with this while waiting for a table in ‘Manekin’ in Warsaw! ;D 

Are you curious what I managed to nosh? Well, a… tortoise consommé! It might seem strange but you have to take my word for it- it was delicious. It’s been acknowledged in Europe that Chinese cuisine means students’ fast food, with its main ingredient being pasta,  streaming with fat (or rice, in a better case). Nothing more wrong! Real Chinese food is incredibly light and aromatic; the ‘Five Changes Principle’ accompanies its creation. The ying-yang balance works even in the kitchen. Rice is not the most important ingredient of the dish, but an addition to give more appetite. What’s more, Chinese people don’t  acknowledge preservatives and artificial improvements; the food they choose is completely healthy. And that’s what I like! I only regret that I didn’t manage to try the popular ‘Peking Duck’- but I’m sure I’m going to be back to have it ;)

Mr Lobster will be my date this evening ;)
 
I wish I have headpiece like this! 
 
Always humble, always grateful 
 
Searching for dragon fruits ;) 

This is kind of magic! 
 

  WIELKI MUR CHIŃSKI

Oprócz kulinarnych podbojów, podróż do Pekinu była dla mnie okazją do odkrycia tej bardziej zabytkowej strony Chin, zaklętej w świątyniach i pałacach. Kolejnego dnia pełna pasji wyruszyłam zmierzyć się z najbardziej ikonicznym obiektem Azji – Wielkim Murem Chińskim! Jego budowa zaczęła się już w VII wieku i to jeszcze przed Chrystusem. Wówczas Chiny podzielone były na kilka oddzielnych państw, a każde z nich w celach obronnych wybudowało odcinek wysokiego muru. Jego  zachowane fragmenty możemy oglądać do dziś! Mur wije się jak wąż od Morza Żółtego aż do pustyni Gobi. Nie oznacza to jednak, że można go zwiedzać z każdego miejsca w Chinach – dla turystów oddano jedynie cztery odcinki. Chcąc zrobić zapierające dech zdjęcia udałam się w kierunku Badaling, jak się okazało – najbardziej obleganej części. Ale i na to są sposoby! ;D Wystarczyło wybrać lewą stronę i miałyśmy niemal cały Mur tylko dla siebie. Po jakimś czasie wiedziałam już dlaczego. Chodzenie po stromych schodach przypominało bardziej wspinaczkę wysokogórską niż turystyczny spacerek. Momentami stopnie były niemal pionowe! Wyobraźcie sobie pokonywanie ich na obcasach – na szczęścia ja też pozostawiłam to w sferze wyobraźni, bo do zwiedzania zabrałam sandały ;) Po wszystkim zdjęcia zrekompensowały nam cały trud – było warto! W drodze powrotnej trafiłam na całą gromadkę przeuroczych Japońskich dziewczynek, którym szalenie spodobała się moja orientalna stylizacja. Przez kilkanaście minut nie odstępowały nas na krok, a na koniec oczywiście nie obeszło się bez wspólnego selfie! W podzięce usłyszałam przesłodkie chóralne ‘arigato’ ;D

  THE GREAT CHINESE WALL

Apart from culinary conquests, my Beijing trip was an occasion to discover the more monumental part of China, casted in temples an palaces. On my next day, full of passion I set off to set myself against the most iconic construction of Asia- the Great Chinese Wall! Its construction started in the 7th century B.C. That’s when China was divided into a few separate countries and each of them, due to safety reasons built a section of a high wall. We can visit its preserved fragments up to today! The Wall meanders like a snake from the Yellow Sea up to Gobi Desert. Yet it doesn’t mean that tourists are allowed to visit it everywhere in China. Only 4 fragments of it are open to visitors. In order to take some breathtaking pictures I went to the direction of Badaling, as it turned out- the most crowded area of it. But there’re ways to avoid such problems as well! ;D All we had to do is pick the left side of and we had almost the whole Wall to ourselves. After some time we realized why. Traversing its high stairs reminded me rather of mountain-climbing than a pleasant tourist walk. The stairs were almost vertical in some places! Just imagine having to cover it on heels- luckily I saved it for my imagination as well, as I took sandals for the tour ;) When it was all over, the pictures compensated for the difficulty- it was worth it! On our way back I came across a whole group of charming little Japanese girls, who really loved my Oriental outfit. They wouldn’t leave us alone for a dozen of minutes and a selfie together was unavoidable at the end! I heard a very sweet choral ‘arigato’ as they thanked me ;D

Ka – ka – ka- kawaii! ^^
It’s oh so quiet …
 
Isn’t is great? 
Hi there! 

Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy – zanim się obejrzałam siedziałam już w samolocie, oglądając Wielki Mur z lotu ptaka. To było chyba najbardziej magiczne 5 dni w moim życiu i po raz kolejny pragnę podziękować czytelnikom oraz marce Huawei, gospodarzowi wyjazdu. Bez Was to byłyby wciąż tylko marzenia! Teraz już wiem, że do Chin po prostu muszę wrócić i to nie tylko w celu spróbowania kaczki po pekińsku hah. Na liście nieodkrytych zabytków pozostało jeszcze Zakazane Miasto, które nieoczekiwanie wypadło z naszego planu przez opóźniony lot. Poza tym doszczętnie zakochałam się w Hongkongu. Jako miasto jest po prostu moją kolorową, bratnią duszą ;) Tymczasem zostawiam Was z relacją i zdjęciami – mam nadzieję, że podróż w którą Was zabrałam okazała się i dla Was równie ekscytująca!

Unfortunately, all good things must come to an end and before I realized, I was on the plane back, watching the Great Wall from above. It was the most magical 5 days of my life and I’d like to thank my readers and the host- Huawei, once again. Without you, it would have still been a dream. Now I know that I just have to come back to China and the need to try the Peking Duck is not the only reason, ha-ha. The Forbidden City, which we unexpectedly weren’t able to see due to our delayed flight, is still on my ‘to-visit-list’. I also completely fell in love with Hong Kong. It’s just my colorful, city soulmate ;) Anyway, for the time being, I’m leaving you with the report and photos- I hope that the trip that I took you on was equally exciting!

I can’t believe I am in Beijing!
 
I’ve just found a goldfish! ;D
 
Hello Kitty! :D 
 

 photographed by Ewa Motylewska Photography
with Nikon 610d

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/103lm3e

OVER THE RAINBOW

http://ift.tt/1tfuHRE
Somewhere Over the Rainbow – The Wizard of Oz

Apparently if we can believe that dreams come true, we can reach the very end of the rainbow! The other part of the urban myth tells something about a hidden pot of gold- I decided that it’s worth a try ;) Tempted by the perspective of discovering it, I decided to do some research. Direction? Plac Zbawiciela (Savior Square), naturally. This is where a rainbow can be encountered (almost) throughout the whole year and where its colorful energy supplies the whole city from. I personally think that it’s one of the most positive spots in Warsaw and I consider the message of this colorful symbol incredibly important. It was obligatory to come to the starting point armed with all 7 colors of it! And if to count the extra pin, with 8! ;) Though it doesn’t appear in the original rainbow, in its candy version it’s irreplaceable in exuding positive vibrations. Just take a peek at my flared skirt – it literally bursts with optimism! A turban with discrete red and violet accents is, on the other hand my way to maintain an exotic aura and… avoid messy hair – now no wind is a threat to me! ;) Together with a quilted wallpaper patterned jacket they give this sweet palette an expressive, Oriental smack. That’s not the end of contrasts. Neon yellow stilettos and sharp studs stab the eyes with their juicy fluo color stand in opposition to the peach clutch. Sweet as cotton candy, it eases the outfit with its feathery texture. Yet it’s the white blouse that is the base, keeping all of the elements of the puzzle balanced. What’s better, it’s decorated with embroideries, reminding… set off fireworks! You must be curious how it went with the treasure? I might have not found gold but clearly there is an Irish dwarf reading my blog and he knew what kind of jewelry I like most ;D Just have a look at this glittering with all shades of rainbow jewel necklace and bracelets! It’s sometimes worth believing in fairytales! ;)

Podobno jeśli potrafimy uwierzyć, że marzenia się spełniają, to można dotrzeć aż na sam koniec tęczy! Kolejna część miejskiego mitu mówi coś o ukrytym garncu złota – stwierdziłam, że w takim razie warto spróbować ;) Skuszona perspektywą jego odkrycia postanowiłam wyruszyć na poszukiwania. Kierunek? Naturalnie Plac Zbawiciela! Tutaj tęcza widnieje (prawie) cały rok, a jej kolorowa energia zasila całe miasto. Osobiście uważam, że to jedno z najbardziej pozytywnych miejsc w Warszawie, a przesłanie tego barwnego symbolu uważam, za niezwykle ważne. Do punktu startowego przybyłam uzbrojona we wszystkie 7 barw – obowiązkowo! A nawet 8, jeśli liczyć bonusowy róż ;) W oryginalniej tęczy co prawda nie występuje, ale przecież w swojej cukierkowej wersji wydziela pozytywne wibracje jak żaden inny kolor. Wystarczy spojrzeć na moją rozkloszowaną spódnicę – aż tryska optymizmem! Turban z dyskretnymi akcentami czerwieni i fioletu to z kolei mój sposób na egzotyczną aurę i… niesforne włosy – teraz żaden wiatr mi niestraszny! ;) Razem z pikowaną kurtką w tapetowy wzór nadają słodkiej palecie wyrazistego, orientalnego posmaku. To jednak nie koniec kontrastów. Neonowożółte szpilki kłują w oczy mocnym fluo i nie mniej ostrymi ćwiekami, ale morelowa torebka stanowi dla tego duetu idealną przeciwwagę. Słodka jak wata cukrowa, łagodzi wszystko pierzastą fakturą. To jednak biała bluzka jest bazą utrzymującą wszystkie elementy układanki w równowadze. Co lepsze, jest ozdobiona haftami przypominającymi… wybuchające fajerwerki! Pewnie teraz jesteście ciekawi jak poszło mi ze skarbem? Może złota nie odnalazłam, ale irlandzki skrzat najwidoczniej czyta mojego bloga i wie jaki rodzaj drogocennych świecidełek lubię najbardziej ;D Tylko spójrzcie na tę mieniącą się wszystkimi odcieniami tęczy kolię i biżuteryjne bransoletki! Warto czasem wierzyć w bajki… ;)

http://ift.tt/1mcliFz

wearing: jacekt – Sheinside; top – Choies; skirt – Mosquito; bag – River Island; shoes – Sam Edelman;
sunglasses – SIX; turban (scarf) – no name,  earrings & necklacesIloko.pl;
 jewel bracelets & ring – By Dziubeka;   manicure – NAIL SPA

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1xBdrWb

SPOT ON: FINSK SHOES

Shoes – Finsk

   Photographed by Hanik Photography

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1DcqVJQ

Bieg…

Photos by Zuza 

Shoes-Asos.com

Pants-TopSecret

Shirt-Lee 

Jacket-Bytom
Watch-NewLook.com

from The Men’s Side http://mensside.blogspot.com/2014/10/bieg.html

Playlist…

from The Men’s Side http://ift.tt/1tgeHjj

RETRO FEVER

 

from MACADEMIAN GIRL http://ift.tt/1yqsyCQ

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 31 other followers