Skip to content

MACADEMIAN GIRL SUPPORTS FASHION: DESIGNER SPOTLIGHT

October 16, 2013
BEZ PLANU B
Wbrew rozsądkowi postanowili zawodowo poświęć się swojej największej pasji: modzie. Choć to kapryśna muza, stanowczo twierdzą, że w ich życiu nie ma miejsca na Plan B. O drodze pod prąd i wracającej jak bumerang miłości do projektowania, rozmawiamy z obiecującymi nazwiskami nowego pokolenia.
Środa, deszczowy wieczór, za chwilę zaczynam rozmowę z Maćkiem Banasiakiem. Z jego marką ‘Thunder Blond’ spotkałam się po raz pierwszy na Łódzkim Fashion Weeku. Jesienią 2012 roku zadebiutował tam kolekcją czerpiącą z estetyki S&M, która niespodziewanie odniosła komercyjny sukces. Odważny, streewearowy sznyt i motyw korony laurowej przyjęły się tak dobrze, że w projektach Banasiaka pokazała się sama Anja Rubik. Wszystko odbyło się bez nachalnej promocji – modelka jak każdy inny klient zobaczyła bluzę i stwierdziła, że musi ją mieć. Niewielu początkujących projektantów ma takie szczęście. Choć ‘szczęście’ nie jest chyba właściwym słowem. Bohaterowie tego artykułu to utalentowani ludzie, którzy swoje osiągnięcia zawdzięczają ciężkiej pracy, ale też świadomości, że w modzie liczy się znalezienie niszy. Kroczenie indywidualną ścieżką nie jest łatwe, ale to jedyny sposób by na stałe zaznaczyć swoją obecność.
Banasiak opowiada, że większość życia spędził we Francji, gdzie nieprzerwanie mieszkał do 16 roku życia. Potem dwa lata spędził w Polsce i po raz pierwszy zderzył się z tak mocno zamkniętym społeczeństwem. Paryska eklektyczna moda, pełna imigracyjnych wpływów, silnie wpłynęła na jego poczucie estetyki. Z trudem przyjął wewnętrzne podziały polskich subkultur późnych lat 90, które młodych ludzi zamykały w szufladkach. Francuskie liceum na Saskiej Kępie w Warszawie, było wtedy nieocenioną enklawą. Międzynarodowość gwarantowała możliwość wyrażania siebie (także ubiorem). Nie myślał wtedy jeszcze o karierze projektanta, choć moda towarzyszyła mu od zawsze. By zdać maturę wrócił do rodzinnego kraju, ale studia z romanistyki rozpoczął ponownie tutaj. W tym czasie, częste wizyty w butiku popularnego wówczas Arkadiusa, zaowocowały pierwszymi drobnymi zleceniami.

THUNDER BLOND / photo by Łukasz Pik & Agnieszka Kulesza

Obecnie ‘Thunder Blond‘ jest już rozpoznawalną marką, choć Banasiak wciąż przeciera nowe szlaki. Czerpie garściami z tego czym nasiąknął spacerując latami po ulicach Paryża. Daleko mu jednak do efemeryzmu czy romantycznego haute couture. Szczególnie ostatniej kolekcji bliżej do surowej etnicznej, stylistyki podpatrzonej u afrykańskich imigrantów. Jak sam twierdzi moda jest dla niego szczególną lekcją tolerancji i jedynym medium, w którym się stuprocentowo spełnia. Projekty przesycone symboliką, snują subtelną opowieść o wolności. Niezależnie od tego czy jest to gejowska ikonografia, czy zapożyczenia z kultury arabskiej. Jednocześnie kobiety to dla niego muzy, które wynosi na piedestał. Nie bez powodu podczas ostatniego pokazu charakterystyczną burkę z zamków błyskawicznych prezentował męski model, nie modelka. To tylko jeden z ważnych manifestów, których można się doszukać w sylwetkach ‘Thunder Blond‘.

BARTOSZ MALEWICZ / photo by Sebastian Mamaj

Dla Bartosza Malewicza przygoda z projektowaniem zaczęła się w dzieciństwie od przerabiania ubrań mamy. Niewinna zabawa zaowocowała później świadomym wyborem kariery. Uczelnia pomogła mu zrozumieć, czym tak naprawdę jest zawód projektanta. Wykształciła w nim nawyk dbałości o detale. Projektant ma jednak świadomość, że bycie perfekcjonistą ma swoją cenę.’ Istotne jest dla mnie rzemiosło. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć że jeśli chodzi o wykonanie jestem pedantem. Wszystko musi być dopracowane w najmniejszym szczególe, nawet jeśli oznacza to mozolne poprawki.’ Malewicz śmiało patrzy w przyszłość. Inspiruje go świat techniki, pełen cyborgów, manekinów i sztucznej inteligencji. Nie bez powodu kolekcja na jesień-zimę 2012/13 nosi tytuł ‘_A.I. (BUT ANIMATE)’. Malewicz rozumie, że w przypadku jego ubrań, wielokrotnie zszywanych warstwowo, precyzja odgrywa ogromną rolę. Zaraz po jakości tkanin. Nawet jego lookbooki to praktycznie sesje zdjęciowe, w których liczy się każdy detal: od wyboru tła, po pozy modeli. Nie ma tu miejsca na przypadek. Te wysiłki doceniła szkoła i za kolekcję dyplomową w MSKiPU otrzymał nagrodę ‘Debiut Roku’. ‘Zdarzają się oczywiście chwile słabości jak w każdym zawodzie. Na szczęście dzięki rodzinie i przyjaciołom, dużo łatwiej zmagać mi się z problemami jakie napotykam w początkach swojej kariery’ – opowiada.

EDYTA PIETRZYK / photo by Filip Banasiak

Edyta Pietrzyk nie mogła liczyć na podobne wsparcie. Wbrew radom bliskich, na rzecz romansu z projektowaniem, porzuciła pewniejszą architekturę. Ma tytuł inżyniera na koncie, ale dopiero kiedy zajęła się modą, przekonała się, że jest na właściwej drodze. W swoich sylwetkach stara się łączyć te dwie dziedziny. Chociaż projektantce zdarzają się małe skoki w bok, to najczęściej jej kolekcje pełne są futurystycznych, geometrycznych kształtów. Edyta przyznaje, że wszystkie detale, które niejednego konstruktora odzieży przyprawiłyby o zawrót głowy, wykonuje ręcznie sama. Długie godziny spędzone na tworzeniu charakterystycznych trójkątnych konfiguracji, rekompensuje potem unikatowy efekt. Przy całej niezwykłości, nie są to jednak propozycje oderwane od rzeczywistości. Ich niemal kliniczna czystość (często zmiękczana zwiewnymi jedwabiami) powoduje, że w większości są właściwie unisexowe. Według Pietrzyk esencją projektowania jest umiejętne zderzenie twórczego zamysłu z żywym, pracującym tworem jakim jest tkanina. Funkcjonalność ubrań ostatecznie decyduje, czy mają one rację bytu w codziennym życiu. Jak sama twierdzi:  ‘To właśnie twórcze poszukiwania, sprawdzanie materiałów są w tym zawodzie najciekawsze. Problemem jest raczej późniejsza promocja. Mam wrażenie, że w Polsce projektant wciąż musi być celebrytą, żeby sprzedawać swoje projekty, a to kompletnie nie leży w mojej naturze. Chciałabym, żeby to moje projekty były rozpoznawalne, a nie moja twarz’ – podkreśla.

IMA MAD / photo by Piotr Kierat & FashionClash Mastricht

Z tego samego założenia wychodzą Ima Mad. Poszli jednak o krok dalej i zdecydowali się na zachowanie całkowitej anonimowości. Nie znamy ich nazwisk. Schowani za szyldem, pokazali już trzy kolekcje nie pokazując jednocześnie siebie. To świadoma decyzja:Ima Mad to projekt w którym nie musimy myśleć o prawach rynkowych, możemy łamać reguły. Skupiamy się na idei.’ – mówią. Kiedy szukają inspiracji nie lubią się ograniczać: czerpią z malarstwa i literatury, ale też mistycznej symboliki. Ostatnia kolekcja, przewijającym się motywem oczu nawiązywała do postaci Św. Łucji, była na wskroś komiksowa. Wręcz dziecinna, balansująca na granicy słodkiego kiczu. Wrażenie potęgowały kolorowe patchworki, frędzle i pastelowa paleta barw. Ta niedopowiedziana bajkowość jest zresztą dla nich charakterystyczna. W każdym sezonie wysyłają widza w podróż do krainy swoich fantazji. Jak na tak modą markę wykazują wyjątkową dojrzałość. O pokazach myślą jak o skończonej całości. To spektakle. Ważne są nie tylko same sylwetki, ale makijaż, fryzury i przede wszystkim choreografia. Ta ostatnia nie zawsze jest łatwa w odbiorze. Często zaskakuje, zmusza do refleksji i ujawnia ogromny pociąg twórców do performancu. U nas taka ryzykowna odwaga w kreowaniu spójnego wizerunku, to nadal rzadkość. ‘Wydaje nam się, że w Polsce projektanci dochodzą do pewnego momentu, a później napotykają mur, który jest nie do pokonania. Tworzenie tutaj jest trudne, zwłaszcza jeśli chce się myśleć globalnie. Wsparcie mody jest zerowe. Oczywiście są stypendia, ale o nie mogą ubiegać się wszyscy artyści niezależnie od dziedziny. Chcielibyśmy, żeby rynek otworzył się bardziej na niszowych projektantów’ – przekonują.
ANKA LETYCJA WALICKA / photo by Piotr Kierat

Anka Letycja Walicka uważa, że największą winę za to ponosi błędny system edukacji, który ma wpływ na świadomość społeczeństwa w zakresie mody. Ta wciąż jest znikoma, bo moda jest nadal traktowana bardziej jako fanaberia niż realny zawód i gałąź przemysłu. ‘Jeżeli popatrzymy na zachód, to wypadamy dość słabo. Szkoły są niedofinansowane, nie mają specjalistycznych pracowni, więc młody projektant jest praktycznie skazany na to, że wszystko musi sam sobie wyszukać i sprawdzić. ‘ – dodaje ze smutkiem. Ale się nie poddaje. Swoją monochromatyczną kolekcją ‘N’HIL’, zdobyła szereg nagród w kraju i za granicą (m.in. wygrała międzynarodowy konkurs Fashion Culture). Walicka uwielbia geometrię. Bawi się złudzeniami optycznymi i zawoalowaną trójwymiarowością. Jej domeną jest złożona dekonstrukcją. Wyraźne przesunięcia i dynamiczne ostre linie. Choć zdecydowane, to zostawiająca odbiorcy pole do interpretacji. Zarówno namacalnej jak i estetycznej. Te ubrania z założenia są surowe, ale po analizie odkrywają przed odbiorcami drugie dno. Co ważne, projektantka tworzy nie tylko odzież ale też buty, do których komponenty i materiały sprowadza z Włoch.

DUD.ZIN.SKA / photo by Pete Stigter

Jeszcze dalej, w poszukiwaniu tkanin, sięga Ania Dudzińska. Na co dzień mieszka w Gdańsku, co nieco utrudnia ten proces. Zwiedza rodzime hurtownie, a kiedy to nie wystarczy mobilizuje niektóre by specjalnie dla niej ściągały wełnę z Peru, Argentyny czy Południowej Afryki. Wszystko dlatego, że duża część jej projektów to ręcznie robione, strukturalne swetry. Jak sama żartuje: ‘Przez niektórych nazywane 3D’. Prace Dudzińskiej są wyjątkowo przestrzenne, a charakterystyczna już bąblowa struktura przewija się w każdej kolekcji. Przełomowym momentem była dla niej publikacja zdjęcia swetra z jesiennej kolekcji UNKNOWN, na jednym z najważniejszych portali wyznaczających światowe trendy – WGSN. Dzięki tak dużemu wyróżnienie zrozumiała, że siłą jej marki jest przełomowość. W Polsce rzadko podejmuje się temat dzianiny, szczególnie w tak kreatywny sposób. Kiedy zetknęłam się z metką DUD.ZIN.SKA po raz pierwszy, od razu urzekła mnie niezwykła rzeźbiarskość tych propozycji. Część z nich przypominała wręcz trójwymiarowe instalacje. ‘Mój styl to użytkowa awangarda – zestawiam ze sobą różne materiały i faktury na zasadzie kontrastów. Krążę w obrębie stonowanej kolorystyki, ale przy akompaniamencie bogactwa form i struktur. Cenię modę skandynawską, z którą częściowo się utożsamiam. Choć temperamentem i stylem życia bliżej mi do krajów śródziemnomorskich, to o moje kolekcje – klimatem idą zupełnie na północ.’ – przyznaje. Dzięki doskonałej jakości włókien i zmysłowi konstruktorskiemu projektantki, wciąż są to ubrania w stu procentach praktyczne. Niezwykle złożony sposób operowania formą w kontekście tego konkretnego surowca, powoduje, że marka jest ewenementem w naszym kraju.

Tekst: Tamara Gonzalez Perea

from MACADEMIAN GIRL http://www.macademiangirl.com/2013/10/macademian-girl-supports-fashion.html

From → Other

Leave a Comment

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: